17°

Filip Pieczonka: „Nie jestem tylko deblistą. W singlu daję sobie jeszcze dwa lata”

Natalia Mróz

Natalia Mróz

Filip Pieczonka: „Nie jestem tylko deblistą. W singlu daję sobie jeszcze dwa lata” ( tenisista Filip Pieczonka)

Filip Pieczonka ma za sobą przełomowy rok. 22-letni Polak, który coraz mocniej specjalizuje się w deblu, zagrał w tym sezonie w Roland Garros, Wimbledonie i US Open, a w maju był już 83. deblistą świata. W Szczecinie przypomniał jednak, że wciąż poważnie traktuje również singla. Wykorzystał dziką kartę, przeszedł eliminacje bez straty seta, a następnie pokonał Tiago Pereirę i awansował do II rundy Invest in Szczecin Open. W rozmowie opowiada o planach związanych z singlem, Wielkimi Szlemami, współpracy z ojcem oraz o tym, dlaczego Szczecin jest dla niego wyjątkowym miejscem.

 

Filip Pieczonka o singlu, deblu i Wielkich Szlemach

 

Ostatnie miesiące były dla niego przełomowe. Rok temu w Szczecinie występował w deblu z Szymonem Kielanem i pożegnał się z turniejem już w pierwszej rundzie. Od tamtej pory jego kariera wyraźnie przyspieszyła. Zagrał w trzech turniejach wielkoszlemowych, regularnie rywalizuje na coraz wyższym poziomie, a do Szczecina przyjechał prosto po powrocie z Nowego Jorku.

W tegorocznym Invest in Szczecin Open otrzymał dziką kartę do eliminacji i wykorzystał ją w najlepszy możliwy sposób. Najpierw pokonał Carlosa Sancheza Jovera, następnie Nikitę Mashtakova, a w obu spotkaniach nie stracił nawet seta. W pierwszej rundzie turnieju głównego dołożył kolejne zwycięstwo i po niemal trzygodzinnej walce ograł Tiago Pereirę 5:7, 6:4, 7:5.

 

Cel? Top 450 rankingu ATP do 2028 roku. Rozmawiamy z Filipem Pieczonką o jego planach

 

W singla starasz się grać za każdym razem, kiedy tylko możesz, prawda?

 

Filip Pieczonka: Tak, to prawda. Gra pojedyncza wciąż sprawia mi ogromną radość. Daję sobie na to jeszcze z dwa lata. Nie jestem wyłącznie deblistą, w debla specjalizują zazwyczaj nieco starsi zawodnicy, a ja dopóki mam siły, a ostatnio czuję się naprawdę dobrze, to próbuję swoich szans w singlu, ile tylko mogę. Cieszę się, że dostałem tutaj dziką kartę, bo dzięki niej w ogóle mogłem wystąpić w turnieju. Gdzie tylko mam okazję zagrać, wychodzę na kort i daję z siebie sto procent. A co z tego wychodzi - to już weryfikuje kort.

 

ATP planuje ograniczyć drabinki deblowe podczas turniejów.

Mam to cały czas z tyłu głowy, dlatego chcę zbudować jak najwyższy ranking w singlu do tego czasu. Nie ukrywam, że moim celem jest awans do top 450 rankingu singlowego do 2028 roku. Wtedy wejdą nowe przepisy i nie wiadomo, jak potoczą się losy rozgrywek deblowych. Chcę być po prostu zabezpieczony na wypadek, gdyby te zapowiadane zmiany w zasadach faktycznie weszły w życie.

 

Byłeś już na trzech szlemach: Rolandzie Garrosie, Wimbledonie i US Open. Jak je wspominasz? 

Na początku byłem trochę zagubiony i nie do końca wiedziałem, co się dzieje. Kiedy przyjechałem na Roland Garros, przez pierwsze trzy dni czułem się niemal jak kibic, który po prostu kupił bilet na mecze. W pewnym momencie powiedziałem sobie jednak: |Przecież ja tu gram! Muszę się lepiej przygotować, a nie tylko oglądać spotkania i się przyglądać”. 

Kiedy zagrałem pierwszy, drugi mecz, a potem wystąpiłem na Wimbledon, poczułem, że to jest właśnie to miejsce, w którym chcę być. Nie mówię, że już w pełni tam przynależę, bo przy pierwszych dwóch startach ogromnie pomógł mi Vit Kopriva. Czułem jednak, że biorąc pod uwagę moją grę i możliwości, to jest cel, do którego niezmiennie dążę. Nie chcę, żeby to był jednorazowy występ - chcę tam wracać co rok i grać w tych turniejach jako w pełni ukształtowany, zawodowy gracz.

 

Który szlem zrobił na tobie największe wrażenie? 

US Open, bo ten turniej jest po prostu gigantyczny! Mnóstwo ludzi, Nowy Jork, który nigdy nie śpi, a do tego ogromny główny stadion. Wszystko dopracowane na sto procent. Nawet gift packi dla graczy robią wrażenie, zawodnik dostaje na przykład bon na 2,5 tysiąca dolarów, który może wydać na cokolwiek chce. To niesamowite uczucie. Czujesz się tam nie tylko jak sportowiec, ale jakbyś dostał złotą kartę American Express i pojechał na wielkie zakupy. Z kolei Wimbledon to czysta klasa. Wszystko białe, trzeba bardzo uważać na trawę i przestrzegać zasad. Bywa tam dość rygorystycznie, kiedy przyjechałem z rodziną, nie wpuszczono nas na niektóre mecze bez osobnych biletów, co było trochę średnie, ale dla samych zawodników warunki są po prostu super.

 

Czy w ciągu roku zmieniły się też u ciebie kwestie finansowe, tzn. masz większy spokój i nie musisz się martwić o kolejne miesiące? 

Gra w Wielkich Szlemach czy turniejach rangi ATP daje mi ogromnie dużo pod tym względem, bo wygrane finansowe są tam nawet czterokrotnie wyższe niż na Challengerach. Dzięki temu mam duży spokój psychiczny i stabilność finansową. Wiem, że stać mnie na spokojny rozwój, co według mnie ma ogromny, pozytywny wpływ na moje wyniki na korcie. Nie gram z myślą ani ze strachem, że w którymś momencie zabraknie mi środków na dalsze wyjazdy czy treningi.

 

Trenujesz z tatą. Łatwo jest zachować balans? 

Nie jest. ale zdecydowanie trudniej było w czasach juniorskich, bo często się kłóciliśmy, wracaliśmy do domu w kiepskich humorach, a mama albo brat dopytywali tylko: „Co się znowu stało?”. Teraz, gdy trochę dorosłem, wyjechałem do USA i z niej wróciłem, zacząłem doceniać to, że go mam. Nie ma już między nami żadnych wielkich awantur. Nabrałem dystansu, a na korcie tworzymy naprawdę fajny duet. Wiadomo, relacja ojciec-trener bywa wymagająca, ale teraz jest w tym dużo luzu. Słucham go, bo wiem, jak ogromną ma wiedzę, ile chce mi przekazać i że życzy mi jak najlepiej. Najgorszy okres mamy już za sobą i teraz panuje między nami pełen spokój.

 

Tylko tata jest w twoim sztabie? 

Nie, mam trenerki od przygotowania fizycznego i od siłowni Współpracujemy od 12 lat współpracujemy. Są to Katarzyna Majchrzak, która była olimpijką w skoku wzwyż, a także była zawodowa kulturystka, Patrycja Płotkowiak. Obydwie trenerki mnie znają od dzieciaka. Współpracuję też z fizjoterapeutką Sylwią Kotewicz.

 

Byłeś już na wielu różnych imprezach. Porównując Invest in Szczecin Open z innymi turniejami tej samej rangi, faktycznie są one na podobnym poziomie, czy niekoniecznie?

Szczecin to zawsze najwyższa półka, organizacja jest tu po prostu świetna. Słynne sesje wieczorne, koncerty, seanse filmowe - jak na turniej rangi Challenger to coś niesamowitego. Podobny klimat i fajny vibe ma w tym roku chyba tylko Challenger w Brunszwiku, gdzie też organizują koncerty i mecze wieczorne. Jednak mimo wszystko żaden turniej nie ma startu do Szczecina - według mnie on po prostu deklasuje całą resztę.

Wydarzenie odbywa się przy wsparciu finansowym Miasta Szczecin, Ministerstwa Sportu i Turystyki oraz ENEA.

Будьте в курсі!

Натисніть кнопку «Підписатись», щоб бути в курсі новин Щецина. Найцікавіші записи ви знайдете в Новинах Google!